29 kwietnia 2013

Rozdział 8.


Baaaardzo długo pisany rozdział. Za co baaaaaardzo przepraszam. Nie wiem... Po prostu nie mogłam się spiąć i go napisać. Ostatnio w ogóle miałam problem z pisaniem. Głównie przez brak czasu. Tyle się dzieje, tyle zajęć, tyle tego wszystkiego... Nie dawałam rady. Mam nadzieję, że teraz będzie lepiej. Rozważałam zawieszenie blogów, ale się powstrzymałam. Jak na razie... Dobra koniec paplaniny. (btw. komentarze mile widziane :>)


Elizabeth.
 Godzinę temu wróciliśmy ze szpitala, od moich rodziców. Ich stan się polepszył, co bardzo mnie cieszyło. Oboje, matka i ojciec, byli w bardzo dobrym humorze, nie mówiłam im więc o tym, co się stało wczoraj…
Zbliżała się szesnasta. Byłam z Jamesem w jego pokoju. Ja siedziałam sobie na jego łóżku, a on coś grał. Uwielbiałam patrzeć jak gra. Robił to z taką pasją… Bardzo się w to wczuwał. Jakby nawiązywał jakiś kontakt z instrumentem.
- Ej, weź mi zagraj… hm… AC/DC.
Po chwili spod jego palców zaczęły wypływać dźwięki Shoot To Thrill. Grał to jakoś inaczej, z inną energią. Nie ukrywam, bardzo mi się to podobało. Po chwili wpadłam w jakiś dziwny trans i zaczęłam podśpiewywać.
- ‘Shoot to thrill, play to kill, Too many women with too many pills, Shoot to thrill, play to kill, I got my gun at the ready, gonna fire at will , Shoot to thrill, ready to kill, I can't get enough, I can't get the thrill, I shoot to thrill, play to kill…’
Nagle przestał grać, jednak ja, prawie nie zwracając na to uwagi, krzyknęłam jeszcze ‘Pull the trigger!’. Spojrzał na mnie i się uśmiechnął. Przez chwilę poczułam się jak jakaś idiotka.
- Ładnie śpiewasz. – powiedział. Zarumieniłam się.
- Nie, co ty… wiesz, takie tam… darcie mordy tylko.
- E tam, nie pierdol. Zobaczysz – mówiąc, ciągle coś grał.– jak nie będę mógł śpiewać to mnie zastąpisz. – puścił mi oczko.
- Tak, tak, oczywiście.  – powiedziałam ironicznie. – Ej, czekaj co to było? – spytałam słysząc jakieś ciekawe dźwięki.
- To? Fade To Black, tylko…
- Zagraj to jeszcze raz. – przerwałam mu. – Nie początek Fade, znaczy tak, ale w ten sposób jak to wtedy zagrałeś. Zamiast uderzać pustą G, wracasz do H.
- O tak? - zrobił to o czym mówiłam. – A tak w ogóle… To skąd ty… Ty grasz, grałaś czy jak?
- Gram, tak z 6 lat temu zaczęłam bardziej się na tym skupiać. Przecież wiesz, że mam w domu sprzęt.
- No tak.
Nagle wstał, przeciągnął się i przeczesał ręką włosy. Popatrzył na mnie tymi swoimi cudownie niebieskimi oczami.
- Chcesz coś pić? – spytał.
- No w sumie… Ale poczekaj, pójdę z tobą. – powiedziałam, zwlekając się z łóżka.
Poszliśmy do kuchni. James wziął sobie jakiś sok, a ja wodę. Usiadłam na krześle i oparłam się o ścianę. Spojrzałam w sufit. Westchnęłam głośno. Przymknęłam powieki i znów miałam ten obraz przed sobą. Nie chciałam go widzieć… Ale on ciągle się pojawiał.
Otworzyłam oczy i przyłożyłam szklankę do ust. Wzięłam łyk wody i odstawiłam naczynie na stół. Patrzyłam się na okno, które było naprzeciwko mnie.  Świeciło słońce. Niebo było jasne, przyozdobione drobnymi chmurami. Spojrzałam na drzewo, które znajdowało się za niewielkim białym płotkiem. Liście delikatnie falowały na wietrze. Pod drzewem siedziała jakaś mała dziewczynka. Miała ciemne włosy i jasną skórę. Uśmiechała się. Wyglądała jak miniatura Joan Jett. Nagle wstała i pobiegła gdzieś w stronę ulicy.
Na ogół nie lubię dzieci. Szczególnie tych w wieku od 2 do 6 lat. Są strasznie wkurzające… Nie wiem, po prostu mnie irytują… Tymi ich pytaniami, zaczepianiem. Moja mama ma tak samo… Ale zawsze mi powtarzała, że „swoje się kocha”.
- Nad czym tak myślisz? – spytał mnie James, odrywając mnie od moich rozmyśleń.
- Kto tam mieszka? – zapytałam, wskazując na dom za oknem.
- Nie wiem, ale są dziwni. Często słychać dziwne krzyki stamtąd. – odpowiedział, patrząc w tamtą stronę. – Ej, a może… Pójdziemy się przejść? – zaproponował.
- Czemu nie. – powiedziałam z uśmiechem.
Wyszliśmy z domu i poszliśmy w stronę Golden Gate. James mieszkał niedaleko mostu, jakieś 5-10 minut.
Podeszłam do barierki i się o nią oparłam. Spojrzałam przed siebie. Woda i niebo wyznaczały horyzont. A co jest tam? Tam dalej? Azja. Indie, Chiny, Japonia… Zawsze chciałam tam pojechać…  Zobaczyć tą różnice kulturową…
Nagle poczułam czyjąś rękę na swojej talii. Odwróciłam się wystraszona. To był James.
- Spokojnie... To tylko ja. – powiedział uśmiechając się. Przyciągnął mnie do siebie i musnął delikatnie moje wargi.  Jego usta były tak przyjemnie ciepłe…
Wymieniliśmy się spojrzeniami i uśmiechami. Zaczęliśmy się namiętnie całować. Wiatr rozwiewał nasze włosy na wszystkie strony. Czułam się taka szczęśliwa. Jak bym się unosiła, była gdzieś w innym świecie. Zapomniałam na chwilę o tym wszystkim, o tym cholernym wczorajszym dniu.
Szliśmy wzdłuż mostu rozmawiając, śmiejąc się i wygłupiając. W związku z tym, że Golden Gate ma prawie 3 kilometry, po przejściu na więcej niż 500 metrów zawróciliśmy.
W domu byliśmy po dziewiętnastej. Ledwo zdążyliśmy przekroczyć próg mieszkania, a już usłyszeliśmy telefon. James poszedł odebrać.
- Lizz, to do ciebie. – powiedział i przekazał mi słuchawkę.

- Halo?... Tak, tak żyję… Opowiem ci jak wrócę do L.A…. Hm… Nie wiem, do końca tygodnia powinnam być… Jesteś jakoś dziwnie szczęśliwa, hm?... Naprawdę?!... Gratuluję!... No do zobaczenia. Pa.
Rozłączyłyśmy się. Za mną stał James ze spuszczoną głową.
- Coś się stało? – spytałam zdziwiona.
- Zostań tu. – powiedział smutno. – Tak wiem, że mieszkasz z Jas w Los Angeles, wiem, że nie chcesz jej zostawić tam samej…
- James… Muszę jechać. Jasmine dostała pracę w Nowym Jorku i w przyszłym tygodniu wyjeżdża…
- No, a więc wtedy tu wrócisz.
- Nie wiem, pomyślę. Trudno będzie chyba dostać mieszkanie gdzieś blisko.
- Znam takie miejsce, blisko, nawet bardzo. – mówiąc to podszedł do mnie i położył mi dłonie na talii.
- O to świetnie. Gdzie dokładnie? – spytałam zdziwiona.
- Właśnie tu stoisz. – uśmiechnął się.
- Serio?
- Nie, żartowałem… Tak, serio. Czy wyglądam jakbym kłamał?
- No nie… Ale dokładam się do czynszu.
- Daj spokój… O rachunkach będziemy gadać jak za mnie wyjdziesz. – pokazał mi język i nagle zniknął mi z oczu.
#
Siedzieliśmy na sofie w salonie. Larsa nie było w domu, bo niby się z kimś umówił, więc był spokój.
James przełączał kanały w telewizji, w celu poszukania czegoś do obejrzenia. Jednak nic nie znalazł i wyłączył sprzęt. Wziął mnie na kolana. Oparłam głowę na jego ramieniu.
- Jesteś za chuda… - powiedział nagle.
- Możliwe. Przeszkadza ci to?
- Nie. Wręcz przeciwnie, bardzo mi się to podoba. – uśmiechnął się.- To jak? – spytał nagle, bardzo skupiony na „badaniu” mojej wystającej kości biodrowej.
- Ale co jak?
- Zamieszkasz ze mną? – spojrzał na mnie.
- A co z tamtym mieszkaniem w L.A.?
- O Jezu, jak nie chcesz, to po prostu powiedz… - powiedział wzburzony, wywracając oczami.
- Tylko pytam. -  odparłam spokojnie.
- Przepraszam…
- Za co? – położyłam mu dłoń na policzku. Nasze oczy się spotkały. – Przecież nic się nie stało. – uśmiechnęłam się delikatnie.  Nachylił się i mnie pocałował, przechylając mnie do tyłu, aż w końcu położył mnie na kanapie.
Nie wiedziałam co teraz zrobi. Bałam się w tej chwili, że… Bo ja nie chciałam tego robić… Po tym wszystkim co wczoraj się stało… Ale on przecież wie… Myśli chyba. Nie chodzi o to, że w ogóle, nigdy… Tylko po prostu nie teraz…
Poczułam jego rękę na brzuchu. Zaczął mnie łaskotać, a ja natychmiast wybuchłam śmiechem.  Po chwili zaczęłam tracić oddech, a mięśnie dawały o sobie znać.
- Ja-mes-hah-przes-tań. – mówiłam ciągle się śmiejąc. A raczej starłam się mówić.
Popatrzył na mnie, uśmiechając się. Odsunął się trochę i usiadł jakby nigdy nic. Ja starałam się złapać oddech.  Nagle zrobiłam się senna. Spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie. Wskazywał 22:20.  Podniosłam się z kanapy i spojrzałam jeszcze na Hetfielda.
- Gdzie idziesz? – spytał.
- Spać. Zmęczona jestem. – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się. – Dobranoc. – nachyliłam się i pocałowałam go w policzek.
- Dobranoc. – powiedział.
***
James.
Włączyłem sobie telewizor. Czasami o tej porze lecą jakieś ciekawe filmy albo jakieś koncerty, bądź wywiady na MTV.  Przełączałem kanały, ale nie znalazłem nic interesującego. Jednak zdecydowałem się zostawić na stacji muzycznej. Leciały same ballady.  Od ‘Total Eclipse Of The Heart’ Bonnie Tyler,  przez ‘Careless Whisper’ George’a Michael’a, po ‘Angel’ Aerosmith.
Popatrzyłem jeszcze chwilę  w szklany ekran, po  czym, po naciśnięciu czerwonego guzika na pilocie, telewizor umilkł. Spojrzałem w biały sufit i westchnąłem. W domu panowała cisza, którą delikatnie zakłócało tykanie zegara. Wskazywał 23:50.  Mimo dosyć później już pory, nie byłem senny. No może trochę. Wstałem z kanapy i poszedłem się czegoś napić, po czym wróciłem na nią z powrotem. Odchyliłem głowę do tyłu i przymknąłem oczy. Nagle usłyszałem czyjeś kroki. Odwróciłem się w stronę usłyszanych dźwięków. Zobaczyłem Lizz.
- Nie śpisz jednak? – spytałem. Ona tylko głośno westchnęła i usiadła obok mnie na kanapie. Ukryła na chwilę twarz w dłoniach, po czym podsunęła kolana pod brodę i patrzyła w jakiś punkt przed sobą. Zaklęła coś pod nosem i oparła czoło o nogi. – Hej, Elizabeth, co się stało? – zapytałem, przysuwając ją do siebie.


1 marca 2013

Rozdział 7.


 James.
Po około dziesięciu minutach, od telefonu Jasmine, usłyszałem dzwonek do drzwi. Zerwałem się, nie byłem pewny kto to może być. Przecież Elizabeth weszłaby od razu do środka, po co miałaby dzwonić.
Otworzywszy drzwi, zastałem za nimi dwóch policjantów. Zmierzyli mnie wzrokiem, spytali jak się nazywam, a następnie padło pytanie na temat Lizz. Czy ją znam... Odpowiedziałem oczywiście twierdząco. Zza nich wyłoniły się dwie osoby. Jeszcze jeden mundurowy i… Elizabeth. Zapłakana, w podartej koszulce, poczochranych włosach i z kilkoma siniakami na rękach. Wdała się w bójkę czy jak?
Spytałem funkcjonariuszy o co chodzi, jednak nie chcieli mi powiedzieć, twierdząc, że nie wiedzą czy ona wyraża na to zgodę i bla bla bla. No kurwa…
Nim poszli poinformowali mnie tylko, że sprawa będzie wyjaśniana na dniach i że będą się ze mną kontaktować.
Weszliśmy z Lizz do mieszkania. Ona cała się trzęsła. W jej oczach malował się strach. Łzy spływały po jej policzkach. To raczej nie była bójka…
 W związku z tym, że Lars zasnął na kanapie, a nie chciałem go budzić, bo nie chciałoby mi się tłumaczyć, stwierdziłem, że pójdziemy z Lizz do mojego pokoju pogadać.
- Chodź, pójdziemy do mnie. – mówiąc to wyciągnąłem ku niej rękę. Niepewnie podała mi swoją, bardzo zimną dłoń.
Poszliśmy więc do mojego pokoju. Usiedliśmy na łóżku. Skuliła się i położyła głowę na kolanach, patrząc się gdzieś w stronę drzwi. Spojrzałem na nią. Próbowałem nawiązać kontakt wzrokowy, co było w tej chwili trudne, bo ciągle gdzieś uciekała oczami, ale udało mi się to.
- Co się stało? – spytałem szeptem, z troską w głosie. – Lizz? Powiesz mi?
Wiedziałem, że nie będzie łatwe cokolwiek od niej się dowiedzieć. Zawsze mówiła, kiedy coś było nie tak. Jednak kiedy było naprawdę źle, to mimo, że wszystko było widać na zewnątrz, broniła swojego zdania, że jest w porządku.
Przeczesała dłonią swoje jasno brązowe włosy, wzięła głęboki oddech i spojrzała mi w oczy. Otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć.
-Bo… - zaczęła mówić. Szybciej niż się tego spodziewałem. – tak naprawdę to nic się nie stało… w sumie. – Tak… no właśnie… Jak zwykle.
- Jak nic? To czemu płaczesz?  - spytałem. Przecież na pewno ma ku temu powód.
- Ich tam było z dziesięć. Związane. Usta miały zaklejone taśmą. Wszystkie… - głos jej się łamał. – wszystkie były nagie… Wyglądały okropnie. Były zakrwawione, posiniaczone… Jedna z nich… Chyba… Była nie żywa…  Domyślałam się, że mnie czeka to samo… 
Dobra, ale niech mi powie w końcu czy coś jej się stało. Na razie wiem co tam było… Mogę się domyślać, ale przecież zawsze mogło być inaczej…
- A skrzywdzili cię jakoś, nie wliczając tego co zobaczyłaś?  - spytałem.
- Pobili mnie, pewnie po to, żeby mnie osłabić. Bo tak się wyrywałam, że ledwo mnie trzymali. – zaśmiała się ironicznie. – Związali mnie… Potem… Jeden z nich wyjął nóż… I słysząc czyjeś kroki i huk wyważanych drzwi, w pośpiechu chciał mi rozciąć koszulkę i teraz mam zajebiste cięcie na dekolcie. – mówiąc to odchyliła koszulkę. Była już jakby spokojniejsza, znaczy… teraz bardziej wkurzona niż wystraszona.  – Miałam nadzieję, że to będzie policja albo ktoś. Ale nie… był to jakiś ich szef czy coś w tym stylu. I on… - jej oczy znów napełniły się łzami. – zaczął mnie dotykać… no wiesz. – spojrzała na mnie porozumiewawczo. – a ten drugi zaczął… gwałcić jedną z tych kobiet… i powiedział, że… ja będę następna. Zaczęłam krzyczeć. Starałam się drzeć jak najgłośniej potrafiłam z nadzieją, że ktoś to usłyszy…  Dostałam po twarzy chyba z cztery razy… A potem… Ten ich szef… On… - przetarła oczy dłońmi. Zamilkła na chwilę. – On zaczął mnie rozbierać i… dotykał mnie tam… gdzie nie powinien. Ale za chwilę wpadła policja. Zostawił mnie w spokoju. Jeden z mundurowych wyprowadził mnie z budynku, wcześniej pozwalając mi się doprowadzić do jako takiego porządku. I zawiózł mnie do was.
- I ty mi mówisz, że nic się nie stało?! - niemalże krzyknąłem na nią. Co ją wystraszyło. Nie chciałem, żeby się mnie bała. Ale byłem wkurwiony. Nie na Lizz. Na tych ludzi…
Nagle wstała. Rozejrzała się po pokoju, w celu znalezienie torby. Gdy już ją zauważyła podeszła i wyciągnęła jakieś rzeczy. Poszła w kierunku drzwi.
- Gdzie się wybierasz? – spytałem.
- Muszę trochę się ogarnąć. – powiedziała i wyszła.
Zostałem sam w swoim pokoju. Wstałem i zapaliłem światło, bo zrobiło się trochę ciemno. Wróciłem na łóżko i położyłem się w poprzek.
Po jakichś dziesięciu minutach wróciła. Była ubrana w czarną koszulkę z logiem Motörhead i krótkie dresowe spodenki.
Podniosłem się do pozycji siedzącej i spojrzałem na zegarek. Było koło północy.
- Pewnie chcesz się już położyć, hm? – spytałem. Skinęła głową. – Ja będę w salonie jak coś. – powiedziałem wstając z łóżka i skierowałem się w kierunku drzwi.
- James? – usłyszałem jej ciepły głos mówiący moje imię. Odwróciłem się w jej stronę. – Proszę… zostań tu ze mną. – powiedziała cicho. Może nie jestem najlepszy w interpretacji tego co mówią kobiety, ale przez to zrozumiałem, że mi ufa. Coś w stylu przekazu podprogowego czy jak to się zwie. Nie wiem, psychologiem nie jestem, ale coś w tym stylu.
Uśmiechnąłem się do niej.
- Tylko się ogarnę i zaraz wrócę. – powiedziałem i wyszedłem z pokoju.
Elizabeth.
Nie wiem czy tak naprawdę dobrze zrobiłam. Kurwa, ufam mu, znam go na tyle, że nie wydaje mi się, aby chciał mnie skrzywdzić. Niby nigdy nic nie wiadomo, ale…
Ten co za mną szedł, w sumie nie wyglądał na takiego… jaki jest. Z tą różnicą, że jego nie znałam, a Jamesa znam i to nawet bardzo dobrze.
Wlazłam na łóżko i usiadłam opierając się o ścianę. Spojrzałam na sufit. Nagle miałam przed oczami tą całą sytuację. Odwróciłam szybko głowę w prawo, zamknęłam oczy. Nie chciałam tego widzieć po raz kolejny. Nie… znowu to samo.
- Kurwa mać. – powiedziałam jakby do siebie.
Przeczesałam włosy ręką. Poklęłam jeszcze pod nosem i po chwili wrócił Hetfield. Usiadł koło obok i popatrzył na mnie.
- Jak się czujesz? – spytał.
Wzruszyłam ramionami.
Jak mam się czuć? W sumie sama nie wiem. Jestem jednocześnie wkurwiona, wystraszona i zadowolona. Mieszanka wybuchowa…
Skulona, opadłam w bok na poduszkę. James przykrył mnie kołdrą i położył się przy mnie, na plecach. Patrzył gdzieś w górę.
Przysunąć się czy się nie przysunąć? Chciałabym żeby mnie przytulił czy coś i w ogóle, ale się boję... Kurwa, czego się idiotko boisz?! – krzyknęłam do siebie w myślach.
No dobra, raz się żyje. Przysunęłam się. Brawo.
Serce zaczęło mi szybciej bić. Odwrócił się. Popatrzył mi w oczy i się uśmiechnął. Nagle poczułam jego rękę na plecach. Przeszedł mnie delikatny dreszcz. Przysunął mnie do siebie, a ja wtuliłam się w niego. Czułam się bezpieczna będąc w jego ramionach.
Bardzo szybko zasnęłam i obudziłam się dopiero rano, gdy do pokoju wpadł Lars wydzierający się na cały głos „Gdzie są kurwa kubki?!”. Znaczy dopiero wtedy dotarło do mnie, że jest już na pewno dzień. Wiem, że James coś tam do niego powiedział, ale nie wiem dokładnie co.
Podniosłam powieki i ujrzałam Hetfielda. On miał takie zajebiście ładne niebieskie oczy.
Ciągle utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy. Kurwa mać… Ja… go kocham. Boże, James, kocham cię… tylko szkoda, że jestem taka, że nie mogę tego po prostu powiedzieć.
- Ja ciebie też. – powiedział nadal patrząc w moje oczy. Co to miało być? On czyta mi w myślach czy co.
- Jak ty to zro…
Wpił się w moje usta, nie dając mi dokończyć…




16 lutego 2013

Rozdział 6.


- Co ty tu robisz? Czemu nie jesteś z nami na dole? – spytała Jasmine, która przed chwilą weszła do mojego pokoju.
- Bo nie mam nastroju. – mówiąc to odwróciłam się do ściany.  – Z resztą jutro jadę do San Fran i muszę się wyspać, nie?
- Oj tam nie pierdol, chodź do nas. – powiedziała z uśmiechem na ustach. – Zresztą co ja będę się z tobą cackać, zaraz cię tam zaniosę.
- Nie trzeba, umiem się jeszcze poruszać. – mówiąc to wstałam, a usatysfakcjonowana Jas pobiegła na dół. Ja jednak znów opadłam na łóżko.
Zasnęłam… i obudziłam się dopiero rano, gdy słońce wpadło do mojego pokoju przez okno. Podniosłam się do pozycji siedzącej, przetarłam oczy i wstałam z łóżka.  Podeszłam do szafy w celu wybrania jakichś ciuchów. Padło na koszulkę z Ride The Lightning i czarne jeansy.
Zeszłam na dół. W salonie nikogo nie było. W domu w ogóle panowała jakaś cisza, jakby wszyscy stąd wyjechali. Poszłam więc do kuchni, w celu zjedzenia jakiegoś śniadania, ponieważ byłam trochę głodna.
- No hej. – powiedział jakiś głos, gdy otwierałam drzwi. Najpierw zajrzałam tam. Na blacie, tym centralnie naprzeciwko wejścia, siedział James.
- Witaj. – odpowiedziałam i otworzyłam lodówkę. Postałam tak przez chwilę, aż zrobiło mi się zimno, więc wzięłam pierwszy lepszy jogurt i wzięłam jakąś łyżeczkę z szuflady.
Przyglądał mi się jak jakiemuś obrazowi. Denerwowało mnie to akurat w tej chwili. Nienawidzę jak ktoś parzy jak jem.  Usiadłam więc przy stole tyłem do niego. Tak, mogłam teraz spokojnie szamać moje jakże rozmaite śniadanie.
Gdy już skończyłam i ogarnęłam trochę bajzel w kuchni (Tak, on tam ciagle siedział, nawet mi nie pomógł!),  spytałam się o to czy mnie podwiozą.
- To jak z tym dzisiejszym wyjazdem? – spytałam. – bo ja nie chcę robić problemu, bo…
- Jakiego problemu? – uśmiechnął się. – Lars też już wstał, więc jak chcesz to zaraz możemy się zbierać.
- O Boże, naprawdę? Dzięki. Która godzina? – spytałam.
- Piętnaście po ósmej. – odpowiedział. – Jak chcesz to możemy już jechać.
- O, to super, ja się tylko spakuję. A tak w ogóle to nie jesteś głody?
- Jadłem już.
Po uzyskaniu odpowiedzi poleciałam na górę załadować torbę. Wrzuciłam kilka przypadkowych koszulek, bieliznę na zmianę, jakieś spodnie i buty. Wpadłam do łazienki i zgarnęłam kilka rzeczy do kosmetyczki. Wróciłam co swojego pokoju i wrzuciłam tam pakunek z kometkami. Zamknęłam torbę i zeszłam na dół. Założyłam swoje trampki i katanę.
Chłopcy czekali już na dole. Wyszliśmy, zapakowaliśmy się do samochodu. Przypomniało mi się, że Jasmine wpadnie w panikę jak nie będzie wiedziała gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Wleciałam Jeszce na chwilę do domu i napisałam karteczkę:
„Jestem w San Francisco. Zadzwonię.”
Wróciłam do Metallikowego samochodu. Oznajmiłam, że na pewno już możemy jechać.
Siedziałam z przodu obok Jamesa, a z tyłu siedział Lars. W pewnym momencie strasznie zachciało mi się spać i zupełnie straciłam kontakt z otoczeniem. Obudziłem się dopiero na miejscu. A reczej zostałam wtedy obudzona.
- Jesteśmy, Lizz… - powiedział Hetfield.
Otworzyłam oczy. Zobaczyłam biało-szary budynek, który nazywa się szpitalem. Wysiedliśmy z auta i poszliśmy w kierunku wejścia. Lars stwierdził, że pójdzie coś zjeść, a James poszedł ze mną. Spytałam się w rejestracji o rodziców. Są w sali 104. A mój brat? Mój brat jest w domu i ma załamana rękę. Tyle.
Weszłam niepewnie do pomieszczenia, w którym leżeli moi rodzice. Byli podłączeni do tych wszystkich aparatur, których nie ogarniam. Wiem, że jak pika, to jest ok. Chyba. Po chwili w sali pojawiła się pielęgniarka. Powiedziała mi wszystko co powinnam wiedzieć. Dowiedziałam się, że ich obrażenia nie są już tak groźne jak były na początku, że wyjdą z tego i powrócą do normalnego życia. Jednak oboje stracili sporo krwi, więc będą musieli odpoczywać przez dłuższy czas.
Moja mama właśnie się obudziła, więc podeszłam do jej łóżka. Uśmiechnęła się do mnie. Bardzo się ucieszyła, że mnie widzi. Nie mogłam jednak spędzić z nią więcej czasu, bo lekarze zabrali ją jeszcze na jakieś badania. Obiecałam więc, że przyjdę tu jutro z powrotem.
Czułam się bardzo szczęśliwa, z powodu, że żyją… Że ich stan jest stabilny. Tyle czarnych scenariuszy przewinęło się przez moją głowę… Spodziewałam się najgorszego. Ale życie mnie zaskoczyło i to pozytywnie i jestem za to bardzo wdzięczna, komukolwiek kto miał w tym swoja inicjatywę.
Pojechaliśmy, to znaczy ja, James i Lars, do domu tego pierwszego. Chłopaki weszli do środka, a ja wzięłam szybko jakieś pieniądze z mojej torby i poleciałam do sklepu. Tak bardzo chciało mi się coś co zawiera dużo cukru, że biegłam niczym sprinterka. Spożywczak był na szczęście blisko, więc nie musiałam się zbytnio namęczyć. Spojrzałam na zegarek w celu upewnienia się, czy nie będę chciała przypadkiem wyważyć drzwi. Było po 21. Więc zdążyłam, czynne do 22.
Zadyszana weszłam do sklepu. Rozejrzałam się po półkach, szukając czekolady. Znalazłam! Wzięłam dwie tabliczki i poszłam do kasy. Wyszłam ze sklepu zadowolona. Teraz już nie biegłam. Szłam wolnym krokiem, odpakowując zakupione słodycze.
Nagle usłyszałam czyjeś kroki. Owa osoba szła za mną cały czas. Stwierdziłam, że może po prostu idzie w tym samym kierunku, bo mieszka gdzieś niedaleko. Czułam jednak strach. Na szczęście jeszcze tylko dwie przecznice.
Odwróciłam się na chwilę, żeby sprawdzić kto to jest. Był to mężczyzna, dosyć wysoki i umięśniony. Miał czapkę z daszkiem i szedł ze spuszczoną głową, więc nie mogłam rozpoznać twarzy. Cóż, trudno.
Przyspieszyłam kroku. Nagle poczułam jak ktoś mnie łapie. To był ten facet. Chciałam krzyczeć, ale zasłonił mi usta. Krzyknął coś, a zza budynku wybiegło jakichś dwóch innych. Zaczęłam się wyrywać…
James.
Nie było już jej ponad pół godziny. Nie możliwe, żeby tak długo kupować coś do zjedzenia, szczególnie, że jest już po 2200. A z tego co wiem, to sklepy tu w okolicy są już zamknięte.
Zacząłem chodzić nerwowo po domu, patrząc co chwilę na zegarek. Nagle usłyszałem telefon. Odebrałem oczywiście. To była Jasmine.
- Cześć... No właśnie jej nie ma. I problem w tym, że nie wiem gdzie jest i co się z nią stało… - powiedziałem do słuchawki. Najpierw była cisza, a potem Jas zaczęła się na mnie drzeć, jakbym jej rodzinę wymordował. – Mam nadzieję, że zaraz wróci. – i odłożyłem słuchawkę.


 ______________________________
Bardzo proszę o komentarz każdego czytelnika, to naprawdę ważne. :3

2 lutego 2013

Rozdział 5.

James.
- Kurwa jebana mać. – mruknąłem pod nosem wchodząc do pokoju, w którym zawsze z chłopakami „mieszkaliśmy”, gdy przyjeżdżaliśmy do dziewczyn.  – Czy ja muszę zawsze wszystko spierdolić? – mówiłem do siebie, czekając, aż sam się ze sobą porozumiem.
Położyłem się na materac leżący na ziemi i patrzyłem się tępo w sufit. Nie no nie będę tu tak leżał i się nad sobą użalał, nie?
Wstałem więc i poszedłem na dół. Lizz gadała z Axlem i się uśmiechała. On też się uśmiechał. No kurwa.  Nie, nie jest… A może i jestem z deka zazdrosny?... Nie wiem. Nie ważne, kurwa, whatever.
Podszedłem do centralnej części salonu, gdzie siedzieli prawie wszyscy. Podszedł do mnie Lars i wręczył mi szklankę z jakimś brunatno-brązowym czymś. Nie wiem co to było, ale patrząc po tym co stało na stole to pewnie Daniel’s.
- Gdzie ty byłeś? – spytał nerwowo.
- Na górze. A co?
- Co zrobiłeś Lizz? Może nie była zrozpaczona, ale na pewno nie była w takim humorze jak wtedy, gdy biegła na piętro. – spojrzał tak na mnie jak by zaraz miałby mi dać w twarz.
- Nic. – wywróciłem oczami. – Daj mi spokój. – odsunąłem go ręką i poszedłem usiąść na kanapie, jednak za chwilę on wrócił i powiedział, że mam iść z nim pogadać. Nie protestowałem, bo w sumie chciałem z kimś szczerze o tym porozmawiać. A z drugiej strony to, może on się na takiego nie wydaje, ale potrafi dać po ryju. I to nieźle.
Poszliśmy więc obaj na górę, do tego „naszego” pokoju.
- Podobno spierdoliłeś sprzed ołtarza.
- Powiedziała ci? – nie no nie wierzę, Boże dlaczego? – z resztą jakiego ołtarza? – Ta… Lars i jego przenośnie…
- Czego ty się boisz? – spytał. Chyba bardziej chciał ratować mój niedoszły związek, niż ja sam.
- Że… ją kurwa stracę. – Tak, no proszę wiesz już? Zadowolony?
Tak, o to chodzi. Tylko o to. Nie chcę, żeby było tak jak kiedyś. Nie chcę znów czuć się odrzucony. Opuszczony. Ale w końcu jak tak dalej pójdzie, to w życiu nie będzie tak jak bym chciał. Tylko tak jak chce ten pieprzony strach.
- Wiesz, takim sposobem… To już ją tracisz. – spec się znalazł. Psycholog jebany. – Idź na dół i się zastanów. Strach nie jest niczym złym, do póki go kontrolujesz. A ty go nie kontrolujesz. Weź się w garść, bo skończysz jak marionetka. – powiedział i odszedł.
Poszedłem do kuchni, tam gdzie siedziałem wcześniej. Czekałem na cud. Może znów tu przyjdzie i znów zacznę ją gonić. Takie deja vu.
Usłyszałem  kroki. Ale to pewnie nie… ona. Przyszła. Spojrzeliśmy sobie w oczy.
- Lizz, ja…
I w tym momencie zadzwonił telefon, a ona pobiegła go odebrać. Kurwa. Za co? Za chwilę jednak pojawiła się znowu. Ze łzami w oczach. Tym razem to nie ja zepsułem jej humor. Na pewno.
Zaskoczyłem z blatu i podszedłem do niej.
 - Co się stało? – spytałem.
- Muszę jechać do San Francisco. Do szpitala. Rodzice mieli wypadek. Są w ciężkim stanie. – spojrzała na mnie i wtuliła się we mnie. Dobra Hetfield, masz teraz szanse, nie spierdol tego. – powiedziałem do siebie w myślach.
- Jutro możemy jechać, rano nawet. Czy tam o której będziesz chciała. – powiedziałem.
- Dzięki. – szepnęła.
Elisabeth.
Stałam tak z nim jeszcze przez chwilę. Myślałam teraz  o dwóch rzeczach. O rodzicach. I o tym, że domyślałam się czemu uciekł. Przez te ponad 2 lata, bardzo się do siebie zbliżyliśmy… Więc sporo o nim wiem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wiem przez co przeszedł…
Czułam się teraz bardzo dziwnie. Z jednej strony, było mi wspaniale. Czułam ciepło bijące z jego ciała, które dawało mi jakieś takie poczucie bezpieczeństwa. I znowu to coś. To w środku.  A z drugiej… byłam załamana wypadkiem.  Taki wewnętrzny ból, z którym nie możesz nic zrobić. Strach przed tym co dalej. Całkowita niewiedza co zrobić w takiej sytuacji zrobić.
Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Nie miałam pojęcia kto to może być. Pierwsza moja myśl, jest taka, że może reszta Gunsów się namyślała i jednak przyjdą.  Ale nie, myliłam się. Byli to policjanci.
- Co się stało? – dziwił mnie fakt, że przyszli tu przed 22. Nawet muzyki jeszcze nikt nie włączył, szkło się nie tłucze. O co może chodzić??
- Pani Highler?
- Tak.
- Samochód pani brata, Darrena Highlera, został odholowany na pobliskim parkingu.
- Ale czemu? O co chodzi? – nic nie rozumiem.
- Na autostradzie I-5  doszło do wypadku z udziałem pani brata oraz pani rodziców. – powiedział jeden z mundurowych. – Zapewne dostała pani już telefon ze szpitala.
- Tak, ale o moim bracie nic nie wiedziałam…
- On wyszedł niemalże cało. Był jednak pod wpływem alkoholu. Ponad 2 promile.
No i w tym momencie szczęka opadła mi do ziemi. On pił. Dużo pił. Urywa mu się film, fakt. Ale zawsze pilnował się, żeby nie wsiadać za kółko. Kurwa, co mu odpierdoliło?
- Dobrze, to wszystko, w razie potrzeby, proszę dzwonić na komendę. Dobranoc.
Poszli. Zamknęłam drzwi. Byłam zszokowana i cholernie wkurzona. Nie dość, że jechał najebany o jeszcze prawie nic nu się nie stało.
Co mam teraz robić? Usiąść i płakać? Na pewno nie. Iść, zapomnieć i rozkręcać imprezę? Też nie. A może po prostu pójdę spać? Po to, żeby czas do rana szybciej zleciał… Nie. Też nie. Tak źle i tak nie dobrze.
Poszłam do salonu. Na swojej drodze zastałam Axla, który mnie zatrzymał.
- Zapomniałem spytać. – zaczął. – Co ty na to, żeby…
- Żeby co? – przerwałam mu. Byłam wkurwiona i jakoś nie miałam ochoty z nikim rozmawiać.
- Może poszlibyśmy jutro gdzieś wieczorem, razem? – mówiąc to położył mi rękę na talii.
- Nie, wybacz, mam do załatwienia sprawy rodzinne.  – mówiąc to odsunęłam się od niego, jednak on nie dawał za wygraną. Znów się przybliżył. Wyciągnął rękę ku mnie. – Mógłbyś mnie nie dotykać? – powiedziałam nerwowo i odeszłam. Złapał mnie za nadgarstek.  Kurwa, czego on ode mnie chce?
- Nie, nie mógłbym. – powiedział. – A w inny dzień?
- Tez raczej nie. Mógłbyś mnie puścić? Albo inaczej… Puść mnie kurwa mać! – wydarłam się na niego  tak, że usłyszeli wszyscy. – Nie przeszkadzajcie sobie, my tylko tu grzecznie rozmawiamy. Puśćże mnie! – zaczęłam się wyrywać, ale to tylko pogorszyło sprawę, bo teraz czułam ból w nadgarstku. – Szaleniec! Wariat! Ratujcie mnie!
Przyszedł więc jakże charyzmatyczny Duff  i starał się do niego przemówić.
- Drogi Axlu Rose, byłbyś tak miły, i puściłbyś rękę naszej jakże miłej i przesympatycznej koleżanki Elizabeth? – powiedział śmiesznym głosem, jakby urwał się ze średniowiecza. Nie podziałało. – Kurwa mówię do ciebie. – To też nie. Był zupełnie odrętwiały. Jakby nie docierały do niego żadne impulsy. – Dobra, sam tego chcesz. – i strzelił go w twarz. Podziałało. Mogłam w końcu iść. Nie interesowałam się dalej tą sprawą, bo szczerze to mnie to nie obchodzi. Usłyszałam jeszcze „McKagan co ty kurwa odpierdalasz?!” I znikłam im z pola widzenia.
Wybrałam jeden ze swoich pomysłów zagospodarowania czasu. Poszłam więc do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Leżałam i patrzyłam tępo w sufit, czekając na sen. Przewracałam się z boku na bok. W sumie o czekałam, aż mnie ktoś tu znajdzie. Ale tak naprawdę to chciałam być teraz sama. Takie dziwne uczucie. Coś w stylu „Tak… A nawet nie!”. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.


30 stycznia 2013

Rozdział 4.


- Lizz, telefon dzwoni! - usłyszałam głos z dołu.
- A bo ja mam bliżej... - mruknęłam pod nosem i zbiegłam na dół do telefonu. Sami(jas, jasmine, minnie) miała metr do słuchawki. - Kurwa... Mogłaś odebrać.
- Wiem. Ale to pewnie do ciebie.
No nic, nie będę sie teraz kłócić o to, nie?
- Halo? James!! Już jesteś w domu? Będę za 6 godzin ok? Nie? Czemu? A no dobra to zrobimy sobie imprezę, hm? To do zobaczenia o.... O  18. No, pa.

- Jasmine kurwa szykuj się na imprę!!  Trzeba jeszcze zwołać Gunsów. Zajmij się tym, co?

Jas sie trochę zdziwiła, ale cóż. Ja w ekspresowym tempie zaczęłam sprzątać. Potem pobiegłam po jakieś zakupy do najbliższego sklepu i wróciłam w przeciągu 20 minut. Od razu zaczęłyśmy wszystko przygotowywać. Upiekłyśmy szarlotkę, zrobiłyśmy sałatkę grecką, rozłożyłyśmy na talerzach inne słodkości. Zniosłyśmy naczynia do salonu. 17:30. Wszystko gotowe, teraz tylko czekać na chłopaków. A nie, może jeszcze się przebiorę. W końcu nie wpada być w bluzce ubrudzonej mąką.
Poleciałam do swojego pokoju. Nie starałam sie ubierać jakoś niesamowicie pięknie, ale też nie po domowemu.
Tuż przed 18:00 usłyszałam dzwonek do drzwi i natychmiast pobiegłam otworzyć. Tak jak się spodziewałam, byli to chłopcy z Metalliki, jednak bardzo mnie zdziwiło to, że była ich tylko dwójka.
- A gdzie Kirk i Jason? - spytałam, z lekka rozczarowana.
- Zaczęli pieprzyć, że mają coś do załatwienia. Nie wiem - burknął Lars, wchodząc do środka.
- Ta, no... Ten jak zwykle nie w humorze. - odparł James.
- Jak zwykle?
- Znaczy... Nie wiem, może okres ma. - zaśmiał się. - A tak w ogóle to witaj. - przytulił mnie. - Stęskniłaś się?
- Bardzo. - odpowiedziałam.
Nawet nie wie jak bardzo. Nie ma pojęcia. A teraz jak mnie tak przytulił... Poczułam takie coś, w środku. Nie, to nie tzw. motylki w brzuchu. Ale coś na tym poziomie, porównywalne.
Gdy weszliśmy do środka, Ulrich juz zajadał się chrupkami. Z góry zeszła Jasmine i przywitała się z chłopakami. Dobra, kogoś brakuje. No tak, Gunsi.
Zdążyłam sobie o nich przypomnieć i nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Oni również byli nie w komplecie. Nie było Izzy’ego i Slasha. No nic, ale nie narzekam. Dom mały, nie obawiam się, że się nie pomieścimy.
- O, Lars! – krzyknął uradowany Adler.
- Nie… Boże… Dlaczego ja? – mruczał pod nosem Ulrich.
- Co tam mówisz? – powiedział Steve przytulając, a raczej ściskając go, tym samym nie pozwalając mu oddychać.
- Nic. – burknął. – Może ktoś go zabrać? – powiedział błagalnie.
- Aż tak Ci ze mną źle?
No proszę, czy ten już coś zdążył wziąć. Ale w sumie… To mógłby się podzielić...
- Ej, Steve, piesku, chodź. – krzyknął Duff.
- Spierdalaj.  – odparł Adler. – Twoim psem nie jestem. Jeśli już to Slasha. A jego tu nie ma. Widzisz. Masz problem. Ha! I co teraz? I co teraz tleniona blondyno? Hy?
- Wiesz co, czasami nie rozumiem twojego pierdolenia, ale chodź tu do mnie. – rozłożył ręce i uśmiechnął się. – No! Aport!
Axl stał przez chwilę nieruchomo, przyglądając się całej sytuacji. Naprawdę, nie ruszał się. Jak jakiś posąg! Pomachałam mu ręką przed oczami. W końcu się ocknął. Aż drgnął.
- Żyjesz? – spytałam.
- No jakoś. Fajna koszulka. Lubię Zeppelinów. – uśmiechnął się.
- Ja też… Jak widać.
- A może… - zaczął coś mówić, ale zawołała mnie Jasmine. Przeprosiłam go i poleciałam do niej.
Chodziło o alkohol. Tylko ja wiem gdzie jest. Dziwne, po prawie na wierzchu, a zawsze wszyscy mają z tym problem. I przychodzę ja i nagle wszystko się się jasne. Potem urywa im się film i znów nie wiedzą i tak w kółko.
Poszłam więc do kuchni w celu wydobycia, z mojego jakże sekretnego miejsca, jakichś trunków. Wlazłam więc pod stół i sięgnęłam dwa Jacki Daniel’sy i Smirnoffa.
- Hej. – usłyszałam znajomy mi głos. Wystraszyłam się, aż uderzyłam głową w stół. - Kurwa mać.- Myślałam, że jestem tu sama. Ale cóż, wstałam więc z ziemi i obejrzałam się dookoła. Na blacie siedział James. Szczerzył się jak głupi do sera. – I co się tak cieszysz? Że będę miała rogi przez ciebie?
- Nie. Ale to zabawne, że wchodzą tu nie zauważyłaś mnie. Przecież siedzę naprzeciwko drzwi. – zaczął się śmiać.
- Widzisz, więc wyszło, że jestem ślepa. – mówiąc to obróciłam się na piecie i wyszłam.
- Ej, nie obrażaj się! – krzyknął za mną, a ja cofnęłam się, żeby wychylić głowę i pokazać mu język. A on zaczął mnie gonić.
- Łapcie butelki! Wariat mnie goni! Aaa! – krzyczałam, śmiejąc się przy tym i wrzucając Jasmine owe szkła z whiskey i wódką do rąk.
Pobiegłam na górę nadal słysząc jego kroki. Teraz się skradał. Nie mogłam przestać chichotać. Przyrzekam, jeszcze dziś nie piłam. Ani nic nie brałam. Przyrzekam.
Schowałam się w swoim pokoju, ale nie udało mi się zamknąć cicho drzwi… Ledwo zdążyłam odejść od progu, a on już był za mną. Zasłonił mi dłońmi oczy, myśląc, ze nie zgadnę, że to nie on. Odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam do góry. Nie miałam innego wyjścia, był ode mnie prawie dwadzieścia centymetrów wyższy. A wolałam zadrzeć łeb, niż stawać na placach. Przynajmniej miałam pewność, że zaraz nie znajdę się na podłodze, z powodu utraty równowagi.
- Powiesz mi co my odpierdalamy? – wyszczerzyłam się.
Nie odpowiedział mi. Patrzył tak na mnie jeszcze przez chwilę również się uśmiechając. Nagle wplątał mi dłonie we włosy i mnie pocałował. Czułam jak zrobiło mi się gorąco. Jak serce mi przyspieszyło. Jak bym była w powietrzu.  Spojrzał mi w oczy. Uśmiechnęłam się, a on niespodziewanie uciekł gdzieś wzrokiem.
- Przepraszam. – powiedział i wyszedł z pokoju.


______________________

Trochę lepszy od poprzedniego. Mam nadzieję, że będzie się Wam podobało, i prosiłabym o jakiś komentarz... (jeśli ktokolwiek to czyta).  :]  

28 stycznia 2013

Rozdział 3.



Duff
Obudziłem się jakiś zmęczony. Słońce zajebiście raziło mnie w oczy, bo oczywiście zapomniałem wczoraj zasłonić rolety wieczorem. A raczej w nocy. Jak wróciliśmy z Roxy z chłopakami i Jas. Eh, ona jest po prostu… Nie ma takiego słowa żeby ją określić. Wiele dziewczyn w życiu spotkałem, ale takiej… jeszcze nie. Aż do teraz. Ona była jakaś inna… Dobra McKagan, dość.
Wstałem ostrożnie z łóżka, ponieważ pod nim leżał śliniący się Adler. Co on tu kurwa robił? Jeszcze się wyszczerzył. Już nie wiem czy on śpi czy nie. Eh, nie ważne. Nie obchodzi mnie to. Wyszedłem z pokoju i powędrowałem do lodówki. Byłem głodny jak nigdy. Znalazłem coś do jedzenia i poszedłem usiąść na sofie. Wszyscy jeszcze spali więc po skończonym posiłku położyłem się jeszcze na chwilkę wykorzystując ciszę, jaka tu panowała. Ledwo zamknąłem oczy, a już musiałem je otworzyć. Coś, a raczej ktoś, wyjebał się na schodach. Poleciałem sprawdzić kim owy nieszczęśnik jest. Był nim Slash.
- No cześć. – stanąłem nad nim.
- A może… - zawiesił się. – pomógłbyś mi wstać? – zrobiłem o co prosił. Ej, kurwa, co dziś za dzień?
- Eh, Slash, przyjacielu mój ty…
- Co kurwa? – przerwał mi.
- Który dzisiaj jest? – dokończyłem pytanie.
- Nie wiem, czy ja wyglądam jak jakiś jebany kalendarz?
No tak, czego mogłem się spodziewać. Pewnie nawet nie mamy kalendarza. Welcome to Guns N’ Roses. A może dziewczyny wiedzą? To nie tak daleko, a pretekst żeby… Tak, pójdę tam!
Jasmine
Słysząc pukanie do drzwi szybko pobiegłam je otworzyć. Spodziewałam się naszych kolegów, jak to zwykle. Zwykle… od tygodnia. Jednak ku memu zdziwieniu nie przyszli wszyscy.
- Cześć. – powiedział blondyn stojący przede mną. Uśmiechnął się. – Może chociaż ty wiesz jaki dziś dzień?
- Dwudziesty dziewiąty sierpnia, sobota. – odpowiedziałam. – Wejdziesz?
Duff wszedł do naszego mieszkania. Był zaskoczony tym, jaki mamy bajzel. No ale cóż, czas ogarnąć tą chatę, bo już nic nie można znaleźć. 
Chłopak usiadł na sofie, a ja kontynuowałam poprzednią czynność. A mianowicie wróciłam do układania płyt winylowych na półce. Było ich całkiem sporo. Jednak słuchamy ich coraz to rzadziej, bo wszystko jest już na kompaktach… chyba. Nie zbyt mnie obchodzą nowinki techniczne, ale wiem, że CD-ki weszły jakieś 5 lat temu. Pamiętam jak wtedy na urodziny dostałam od rodziców odtwarzacz… Jak ten czas szybko leci.
- O! The Ramones! – wrzasnął Duff, który niespodziewanie znalazł się obok mnie na podłodze. – Daj zobaczyć! – dałam mu do rąk płytę. – End of the Century… szukałem tego wszędzie i nie mogłem znaleźć. Masz coś jeszcze?
- Zależy czego szukasz. – odpowiedziałam.
- A masz Metallikę? – spytał.
- Jeszcze się pytasz!! Jasne, że tak. – Podałam basiście trzy albumy oraz najnowszą EP-kę z coverami.
- Skąd to? – wskazał na Garage Days.
- Od chłopaków, dali nam. – uśmiechnęłam się do niego.
- Ale że jak? – był zdziwiony. I miał taki śmieszny wyraz twarzy. O mój Boże.
- No po prostu. Może jak we wtorek wrócą i coś im zostało to może też dostaniesz. – odpowiedziałam.
- To wy się znacie?
- No tak, nie wiedziałeś? Mówiłam chyba o tym.
- Możliwe. Nie wiem, wiesz bardzo często urywa mi się film. – rzekł.
- Kurwa, nie chce mi się już. – przetarłam oczy. – Jest tego tak dużo… Idę się napić, chcesz coś?
- Nie dzięki. – odparł.
Całkiem przyjemnie się z nim rozmawia. I ta jego mina wtedy. Nie zapomnę tego do końca życia. Haha. Uh… Jest naprawdę miły. Ma bardzo przyjemny głos…
Napiłam się wody poczym wróciłam do salonu. Duff dalej przeglądał płyty, a ja usiadłam na sofie i włączyłam telewizor. Po chwili prawie dwumetrowy osobnik dołączył do mnie.
- Ej, ile ty masz lat? – spytał.
- Kobiet się o wiek nie pyta. – burknęłam.
- Chuj mnie to obchodzi. – zaśmiał się.
- A ty?
- Pierwszy spytałem.
- Pierwszy spytałem. – odpowiedziałam przedrzeźniając go.
- Ej no kurwa. Dobra niech ci będzie. Dwadzieścia trzy. I tak musisz mi odpowiedzieć.
- Rocznik 1964. – odpowiedziałam uśmiechając się.
- Kurwa. Weź, miałem ledwo 2 z matmy. Nie rób mi tego, weź powiedz.
Nie wierzę. On serio nie ogarnął, że jest z tego samego roku. O mój Boże jak śmiesznie.
- Duff, serio nie wiesz? – zaczęłam się śmiać.
- A nie czekaj, olśniło mnie! – złapał mnie za ramię. – Masz tyle lat co ja!!
- Brawo geniuszu! 
____________________


Rozdział kiepski, krótki, nie taki jak bym chciała, ale nie mam na niego siły ani dalszego pomysłu, ale wrzucam, bo pewnie się kiedyś przydadzą te "wydarzenia".  


Jak by ktoś chciał (jeśli ktokolwiek tu zagląda) to właśnie zaczęty kolejny blog. http://gimme-fire.blogspot.com/  [tak, wiem nie radzę sobie z jednym, ale ja juz taka jestem ;p ]

26 grudnia 2012

Rozdział 2.

Elisabeth.


Obudziłam się kolo 12. Wczorajszy wieczór dawał się we znaki. Okropny ból głowy przeszkadzał mi nawet w oddychaniu. Serio, ten świszczący dźwięk mnie wkurzał. A no właśnie miałam na dodatek katar. Kto ma katar w środku lata?! Trzeba być naprawdę utalentowanym. Ja do takich ludzi należę. Przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam okropnie. Cala byłam ulepiona w jakimś świństwie, przez to wszelkie drobne istoty poprzyklejały mi się do twarzy. Włosy miałam w stylu żula spod sklepu dwie przecznice dalej. Natychmiast pobiegłam na dół do łazienki wziąć prysznic. Odkręciłam kran. Strumienie cieplej wody zalały moje ciało. Po chwili usłyszałam jak ktoś dobija mi się do drzwi.
- Lizz do kurwy nędzy szybciej. Szczać mi się chce.
Wyszłam natychmiast. I tak już miałam iść. Jasmine wparowała do łazienki. Ja poszłam do kuchni w celu zjedzenia jakiegoś śniadania. Moja wędrówkę przerwał mi dzwonek do drzwi. Szybko zdjęłam ręcznik z głowy i przeczesałam ręką włosy. Spojrzałam przez wizjer. Rozpoznawałam twarze jednak przez ta małą dziurkę trudno było dobrze cokolwiek zobaczyć. Otworzyłam wiec drzwi.
- No siema! Mam nadzieje ze  nie budzimy. - przywitał mnie Ax... Jak mu tam Ajax? Nie chyba nie tak A...Ax...Axl, tak Axl.
- Ale małe! – wrzasnął ten drugi. Ten wysoki blondyn. Oj, Lizz, problem z pamięcią? – W sensie, że mieszkanie… Tak, że tego. – dodał zmieszany. – Kurwa. –burknął pod nosem i poszedł do salonu. Ja, Axl i Slash dalej staliśmy w korytarzu.
- No to może wejdziecie? - Wskazałam ręką pokój gościnny. Natychmiast usiedli na sofie obok tego w chuj wysokiego blondyna. Dalej kurwa nie wiem jak mu na imię. Zaraz się pewnie dowiem. Nie ważne. Mój cały nikczemny plan legł w gruzach. Dobra, nie był nikczemny… Myślałam, że wstaną później… Aha, znaleźli pilot.
 – Kurwa, nie macie telewizora u siebie? – spytałam.
- Mamy. – powiedzieli chórem.
- Aha. – dobra… Nie wiem co mam im powiedzieć. Zawsze byłam słaba w logicznych odpowiedziach, tych ripostach czy jak to cholerstwo się zwało. Dopiero później przychodzi mi do głowy coś zajebiście zwalającego z nóg.  Nie ważne. Towarzystwo rozsiadło się przed telewizorem. Mogę iść spokojnie do kuchni coś jeść. Wreszcie. Chyba zaraz umrę z głodu. Otworzyłam lodówkę. Jedyne co znalazłam to jogurt i jakiś zmrożony batonik. Kto go kurwa tam włożył? Whatever. Dobra niech będzie ten jogurt zawsze coś, nie? Wyjęłam ową rzecz, zamknęłam lodówkę i sięgnęłam po łyżeczkę. Chuj. Same brudne. Tak więc wyjęłam jakąś spod sterty brudnych talerzy i umyłam. Nagle usłyszałam czyjeś kroki.
- Tylko wara od mojego jedzenia. – warknęłam.
- Okej, okej. A coś innego masz? Oprócz jogurtu naturalnego o niskiej zawartości tłuszczu? – rozpoznawałam głos. Odwróciłam się. A no tak to ten A…Axl.
- Jeśli jadasz zimne czekoladowe batony, to tak.
- A pić?
- Tam masz kran. – wskazałam zlew.
- Kurwa, a jakieś wino, whiskey, nie wiem wódka może nawet być. Cokolwiek.
- Nie ma skończyło się. – wzięłam swoje śniadanie i usiadłam przy stole w kuchni. Data była dobra. Na szczęście.
- Nie powinnaś tego jeść. – powiedział poważnym tonem.
- A niby czemu? – nie rozumiałam jego uwagi.
- Wyglądasz jak kościotrup. – zaśmiał się.
- A co cię to kurwa interesuje jak wyglądam, Jezu. – wstałam i wyszłam do salonu.

Jasmine właśnie wyszła z łazienki. Para buchnęła po otworzeniu drzwi. Ona się we wrzątku kąpała czy jak? Chyba czas pomyśleć o jakiejś wentylacji czy coś w tym stylu…

- Co oni tu…
- Przyszli. - przerwałam jej. – Tak po prostu.
 
Axl.

Jak mnie wkurza jak szczupłe laski się odchudzają. Jakaś moda czy jak? Życie im nie miłe? Kurwa, i jeszcze jak są ładne. Szlag mnie trafia. Pewnie nie tylko mnie. Ale co mnie to interesuje. Właśnie W sumie Na chuj ja zwróciłem na to uwagę? Nieee, to nie możliwe Ledwo ją znam przecież. Ale Kurwa, ona jest po prostu zajebista Nie. Ona jest ładna, bardzo ładna. I nie zachowuje się jak dziwka. Zresztą ta druga też nie. One obie się jakieś… inne. Takie bardziej kobiece? Bardziej się szanują? No nie wiem, w każdym razie Ej, stop, stop, stop. O czym ja myślę do cholery? Czyżbym się… Nie. Od kiedy ja zwracam uwagę na takie rzeczy? Nigdy mnie nie obchodziło to w sumie. Zawsze raczej chodziło to czy laska dobrze się pieprzy. I w sumie nie poza tym. Związek na jedną góra dwie noce, a potem się o sobie zapominało Tak sobie myślę… To bez sensu. Znaczy miało sens...kiedyś. Co mnie wzięło na myślenie? Ej, zaraz, jestem trzeźwy! Zacząłem szukać alkoholu po szafkach. Mówiła, że nie ma nic. Ale wiadomo? Zawsze mogła mnie okłamać. Pod stołem stały dwie reklamówki. Zajrzałem do nich. A tam kurwa wódka i Jack Daniels między innymi. Jeszcze jakiś chleb i takie tam inne rzeczy do jedzenia. A niby nic na śniadanie nie ma. Poszedłem więc do salonu i spytałem o co chodzi.
- Wiesz, że w tych siatkach pod stołem jest żarcie? spytałem długowłosej dziewczyny. Kurwa jak ona się nazywa?! krzyknąłem w myślach.
- Jakich? A no przecież, Jezu, zapomniałam, Jake przyniósł nam zakupy do domu wczoraj. uderzyła się otwartą dłonią w czoło. Ona ma kogoś? A co mnie to obchodzi zresztą. W sumie to dużo mnie to obchodzi.
- Jake? spytałem.
- Mój brat. odpowiedziała. Odetchnąłem głośno.
- Hm? Wszystko ok? spytała z szerokim śmiechem na ustach.
- Tak, tak. odpowiedziałem również się uśmiechając.
Chuj z tym. Usiadłem na sofie obok McKagana. Zacząłem z nim jakąś bezsensowną rozmowę. Dołączyła do nas ta, no Elizabeth! Tak, Elizabeth. Usiadła na fotelu z kubkiem w ręku. Podkuliła nogi pod siebie i oparła się o poręcz. Wymieniliśmy spojrzenia. Miała piękne zielono-niebieskie oczy. I te usta Takie pełne.  Była naprawdę piękna. Naprawdę. Anioł.
- Rose? Rose do kurwy gdzie ty jesteś? z moich rozmyśleń wyrwał mnie Slash. Uderzył mnie porządnie w twarz. Axl?
- Kurwa ty chuju jebany co ty od  - poczułem ból z prawej strony twarzy.
- Uspokój się kurwa. przerwał mi.- Może włączył być się z łaski swej do rozmowy? Dziewczyny chcą pewnie iść na koncert, trzeba coś zaplanować. A ty jak zwykle nie słuchasz, a potem się wkurwiasz, że ci nie pasuje, bo okres masz. zaśmiał się.
- Złamasie zasrany jaki okres. wkurzył mnie. Bardzo. No to co?
Nagle zadzwonił telefon. Lizz zerwała się z fotela i pobiegła odebrać. Wstałem i poszedłem niby do łazienki i podsłuchiwałem ją. W sumie to nie mam pojęcia czemu to robię… Chyba mi zależy? Dobra chuj, ciekawe kto to.
- Halo? James?! Cześć!! James, kim jest James?- Kiedy wracacie?...Pierwszego wrzesnia? Jezu, tak długo jeszcze No Bardzo Serio musisz już iść?... Ej, to daj jeszcze Kirka na chwilkę… - Aha. Dziewczyna ma niezłe znajomości jeśli to goście z Metalliki. - No cześć. Wyzdrowiałeś?... A to dobrze No dzięki, dzięki. Pozdrów Larsa i Jasona. No cześć. odłożyła słuchawkę. Szybko zerwałem się  z powrotem do salonu. Wróciłem na swoje poprzednie miejsce.  Nawet nie zauważyła. Usiadła na fotel.
- Kto dzwonił? spytała ta druga, no Jasmine chyba, jakoś tak.
- James. powiedziała z uśmiechem. Pierwszego wracają.
- No w końcu.

Elisabeth.

Jeszcze dziewięć dni. Toć to wieczność! Oby szybko minęło. Dziś dopiero 23 sierpnia Ostatnio nagrali EP-kę, trzy dni temu pojechali w trasę. No tak, to są muzycy z krwi i kości. Wyrwałam się z rozmyśleń i spojrzałam na obecne tu osoby. Każdy był zajęty sobą z wyjątkiem Axla. On patrzył się na mnie. Jak na obraz. Denerwowało mnie to. Nie lubię jak ktoś tak niedyskretnie się na mnie patrzy, tak po prostu. To takie krępujące. W końcu nie wytrzymałam.
- Czego mi się kurwa tak przyglądasz?  - spytałam podnosząc ton głosu. Nie odpowiedział. Natychmiast odwrócił głowę w drugą stronę. O co mu chodzi? Dobra, Lizz, wyluzuj.
- Hej, a może byśmy tak coś wypili? rzuciłam. Oczywiście całe towarzystwo się zgodziło. Poszłam do kuchni po szklanki i alkohol. Przyniosłam Smirnoffa i Jacka Danielsa.  I zaczęła się impreza.
Towarzystwo zebrało się do domu przed trzecią. Zebrałyśmy z Jas naczynia i poszłyśmy spać. Ja byłam padnięta. Oczy mi się zamykały. Ledwo weszłam po schodach, ale na szczęście jakoś udało mi się tam doczłapać. Przebrałam się w piżamę w ekspresowym tempie i wskoczyłam pod pościel. Ułożyłam głowę na poduszce. Obracałam się z boku na bok. Sen jakby odszedł. Zupełnie odechciało mi się spać. Byłam rozbudzona.  Cięgle myślałam o Jamesie. Przez te dwa lata bardzo go polubiłam I nawet chyba coś więcej... Strasznie mi go teraz brakowało. Gdyby nie zadzwonił pewnie bym nawet nie myślała o nim teraz. A właśnie. On zadzwonił. Niby powiedział, że chciałby się już z nam zobaczyć. Ale wiadomo o co mu chodziło? Może tak po prostu, ludzie tak mają, że brakuje im przyjaciół kiedy są daleko i dzwonią do siebie, żeby pogadać.  Przecież to normalne. A ja jak zwykle mam nadzieję, że to chodziło o mnie. Jak ja tego nienawidzę. Jestem tak cholernie naiwna.
Pochłonięta rozmyśleniami w końcu usnęłam.

Monsters of Rock festival w Donington w Angli, 22 siepnia 1987. [fot.RollingStone.com]